Baśń o złym królu i kobiecie w masce

Dawno, dawno temu… Tak kiedyś zaczynały się baśnie. I ta również tak się rozpocznie – dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, było sobie pewne królestwo, mały zamek (o ile zamek może być mały), a w nim żyli król i królowa. Król, pomimo młodego wieku, mądrością dorównywał starszym i bardziej doświadczonym władcom. Chociaż był surowy, wydawał sprawiedliwe wyroki, co wzbudzało szacunek wśród poddanych. Wiedzieli, że kto uczciwie pracuje, ten nie zazna głodu, a w potrzebie może liczyć na zapomogę z królewskich zapasów. Król nie tolerował jednak leni, kłamców i darmozjadów – próżno było takim szukać u niego wsparcia. Poddani uwielbiali go, jednak stokroć mocniej jego żonę. Młoda królowa była piękna i dobra, a jej uśmiech tak promienny, że zdawał się rozjaśniać całe królestwo. Król kochał ją ponad życie.

Niestety, pewnego dnia królowa zachorowała; z dnia na dzień traciła apetyt, chudła, a jej cera zaczęła przypominać popiół. Król wzywał medyków z całego świata; przybywali, jeden znamienitszy od drugiego, ale każdy, wychodząc z komnaty królowej, rozkładał bezsilnie ręce. Żaden z nich nie znał ani nawet nie słyszał o chorobie, która przykuła królową do łoża. Król obiecywał wielkie bogactwa temu, kto zdoła uleczyć jego żonę. Dni jednak mijały, a stan królowej tylko się pogarszał. Była już tak lekka, że król mógł podnieść ją nawet jedną ręką. Jego stan również uległ zmianie; zmartwienie i bezsilność zabrały z jego twarzy uśmiech i przyozdobiły ją siecią zmarszczek, włosy pokryły się siwymi pasmami, a smutek na stałe zagościł w jego oczach. Znikąd nie było ratunku. Król oddałby życie za zdrowie żony; czuł, że bez niej nic nie ma sensu. Jeśli ona umrze, to i w nim coś umrze, jeśli wpierw serce nie pęknie mu z rozpaczy. A dni nieubłaganie mijały, powoli zabierając kruche istnienie dobrej królowej…

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9

Dodaj komentarz

Zmień rozmiar czcionek